(Ty)dzień bez narzekania
W ciągu ostatniego tygodnia przekonałem się wielokrotnie jak sam sabotuje własny dobry nastrój. Od poniedziałku starałem się wykonywać pewne ćwiczenie, którego celem jest jego nieprzerwane stosowanie przez wiele dni. Problem jednak w tym, że jeśli chociaż raz się nie uda, łamiąc jego zasady, należy zacząć od początku. No i tak zaczynałem w poniedziałek, wtorek, środę… nawet wczoraj, w sobotę. Czasami nawet kilka razy dziennie! Czytaj dalej, by się dowiedzieć jakież to ćwiczenie sprawiło mi tyle trudu…
Zadanie polega na tym, by całkowicie przestać narzekać. Najlepiej przez jak najdłuższy czas, jednak zgodnie z badaniami nad nawykami, wydaje mi się, że “wystarczy” 20-30 dni z rzędu, a “nie-narzekanie” wejdzie nam w nawyk. Jednak już po siedmiu dniach próby owe 20-30 dni wydają mi się wręcz nierealne… tydzień, czy nawet jeden cały dzień nie wydaje się być łatwy. Ale przejdźmy do sedna…
Oto zasady:
- Nie narzekamy, kropka. Nie ważne czy głośno czy cicho, czy nawet w myślach. Po prostu nie narzekamy.
- Jeśli złapiemy się na narzekaniu, zaczynamy od początku. By wzmocnić kontrolę możemy pomysłem podzielić się z bliskimi, którzy nas otaczają na co dzień i poprosić by zwracali nam uwagę, jeśli “nieświadomie” zaczniemy narzekać.
- Nie-narzekać, nie znaczy ulegać wszystkim i wszystkiemu, czy pozwolić wejść sobie na głowę. Nasz komfort jest na pierwszym miejscu. Jeśli umówiliśmy się na spotkanie, a ta druga osoba się spóźnia, to jak najbardziej należy zwrócić jej uwagę, kiedy wreszcie się pojawi. ALE, nie wydzwaniamy wtedy po znajomych dodając “wiesz czekam właśnie na tego a tego, nie rozumiem jak można być tak nieodpowiedzialnym, umówił się ze mną na 14:00 i już sterczę tu 20 minut.” itp. ba nie myślimy wtedy nawet w ten sposób. Spóźnia się, trudno, zajmę się czymś innym w tym czasie, a jak się pojawi, zwrócę mu uwagę, ale nie będę się nad tym zbytnio rozwodzić.
U podstaw tego ćwiczenia leży fakt, że narzekając na krzywą ulicę, korki, kiepskich kierowców, złą obsługę w restauracji itp. oddziałujemy przede wszystkim NA SIEBIE i psujemy SWÓJ nastrój. Dookoła nas jest zbyt wiele rzeczy, które nie są takie jak powinny być, ale dużej części z nich nie możemy zmienić, a w przypadku tych na które mamy wpływ ograniczajmy się do jednego zwracającego uwagę zdania.
Jako, że nie należy się poddawać, zaczynam dzisiaj po raz kolejny, siódmy już. Ciekaw jestem czy i Wam “narzekanie” utkwiło w codziennym życiu tak głęboko jak mi? Czy ktoś z Was też ma zamiar spróbować powyższego ćwiczenia? Bardzo bym chciał ten temat z Wami przedyskutować.
Chętnie spróbował bym tego ćwiczenia, ale zgodnie z zasadami wyrabiania sobie nawyków nie będę tego mieszał z wprowadzanymi właśnie (wydaje mi się ważniejszymi) nawykami ZTD.
Co do narzekania w myślach… może warto ograniczyć się do nieuzewnętrzniania narzekań, a nie zaczynać całego procesu od nowa gdy wpadnie nam do głowy jakaś zabłąkana, negatywna, nie w pełni zależna od nas myśl.
Pozdrawiam.
Też uważam, że nie ma co wylewać dziecka z kąpielą. Ćwiczenie mi się podoba, ale na pierwszy rzut pójdzie nie narzekanie na głos. Nad myślami/uczuciami ma się mniejszą kontrolę więc warto temu poświęcić oddzielne działanie. Jak już pojawią się pierwsze sukcesy w niewerbalizowaniu negatywnych emocji, to mam wrażenie, że znacznie łatwiej będzie zapanować nad myślami. Do tego ćwiczenia dodam nieprzeklinanie
Bo to się mocno łączy jedno z drugim.
Pozdrawiam
Kontrola niewerbalizowania jak i kontrola negatywnych myśli jest cholernie trudna. Nawet się nie spodziewałem, że aż tak trudna.
Mam wrażenie, ze obaj macie racje, warto chyba zacząć od “nieuzewnętrzniania” narzekanych emocji.
Ćwiczenie miało na celu, w moim przypadku, zlikwidować “zepsucie humoru na cały dzień”. Może to nie jest mądre, ale często zdarza(ło) mi się, że jakaś irytująca sytuacja potrafiła mi zepsuć nastrój na dobrych kilka godzin. Samo “niewypowiadanie” myśli na głos nie spowoduje tego efektu. Chociaż pewnie pomoże.
No nic… dziś kolejny dzień numer 1.