Mam dosyć sukcesu…
Sobotnie popołudnie. Dużo wolnego czasu. Zasiadłem więc przed monitorem z zamiarem przeglądnięcia moich ulubionych blogów, a także znalezienia kilku nowych. Na moim ulubionych blogach niestety jakiś zastój, oprócz kilku artykułów, które po szybkim przeskanowaniu mnie nie zaciekawiły, nic nowego. Zacząłem więc poszukiwać nowych, wartościowych blogów o sukcesie.
Minęło niewiele ponad 2 godziny. Przeglądnąłem kilkanaście blogów. Przeczytałem kilkadziesiąt postów. Przeglądnąłem miesiące archiwów. I co? I rzygam “internetowym sukcesem”. Jak wygląda sukces wg typowego bloggera:
- wstajesz rano… najlepiej o 5tej
- biegasz
- jesz tylko zdrowe jedzenie
- zastanawiasz się 10 razy nad każdym zakupem, by w końcu z niego zrezygnować, a oszczędzone 10zł “zainwestować” w lokatę, fundusz czy najlepiej zagrać na forexie
- planujesz wszystkie wydatki
- zapisujesz wszystkie wydatki
- masz tylko energooszczędne żarówki w domu
- masz wyrzuty sumienia po wypiciu kilku piw, zjedzeniu chipsów i oglądnięciu filmu w telewizji…
itd.
Od razu wyjaśniam, że robienie którejkolwiek z powyższych rzeczy, albo wszystkich z nich, nie prowadzi do niczego złego (sam rzadko oglądam telewizję czy w miarę regularnie ćwiczę na siłowni). Chciałbym się jednak zastanowić czy powyższe rzeczywiście zaprowadzi każdego… albo kogokolwiek… do sukcesu? Czemu w internecie jest miliard blogów “jak zacząłem wstawać rano i biegać by osiągnąć sukces”… Trylion blogów “jak zaoszczędziłem 2zł miesiecznie (a to przecież 24zł rocznie)”… Sekstylion blogów o “mojej drodze do miliona”. Blogi takie pisane przez 19-latka “odkładającego” 20zł miesięcznie na konto w mBank… i zarabiającego $8 dolarów miesięcznie na reklamach… który DORADZA jak stać się milionerem czy prowadzić biznes. Ludzie… Ogarnął mnie wstręt do blogów o sukcesie… Wstręt do tego, że mój blog może być podobny…
Napiszcie mi proszę czy wymyślam, czy może też zauważacie “powtarzalność” blogów o sukcesie? Czego takim blogom brakuje? A czego jest za dużo?
Jakoś mam wrażenie, że zbyt holistycznie podchodzisz do sprawy. Jeśli blog ma ciekawe wpisy przeżyje się te gorsze – wybierasz, które dołączysz do swojego repertuaru. Drugą rzeczą może być fakt, że jesteś całkowicie gdzie indziej – powiedzmy na wyższym poziomie. Spogladając w dół widzisz chaos, bezsens i ubóstwo.
Witaj Łukasz. Na samym początku wspomnę, że po raz pierwszy właśnie zaglądnąłem na Twój blog. Na pierwszy rzut oka, bardzo mi się spodobał graficznie
Na drugi… urzekło mnie hasło “Finanse domowe dla zwykłego człowieka”. Przeglądnąłem pobieżnie tytuły wpisów… widzę co najmniej kilka które pragnę przeczytać w moim kolejnym “czasie blogowym”
Wracając do tematu “typowego bloga o sukcesie”, ok, przyznam, że wpis powstał może trochę pod wpływem impulsu. Impulsem tym był kolejny otwarty w ciągu 2 godzin blog doradzającego wszystkim i o wszystkim “nastolatka”. I nie, to nie chodzi o to, że mam jakąś awersję do młodzieży… sam jestem jeszcze przed trzydziestką. Po prostu poraziło mnie to jak zobaczyłem wpisy o finansowej inteligencji, porady odnośnie budżetu domowego, czy wskazówki jak lepiej żyć… wymieszane z wpisami o tym jak autor zarobił $2 dolary miesięcznie na blogu… albo jeden, który pomiędzy wpisy w których doradza ludziom co mają zrobić, żeby osiągnąć sukces wplata wpis o tym, że chyba rzuci studia bo sobie z matematyką nie radzi.
Masz rację, może zbyt uogólniona jest moja ocena we wpisie… w internecie, zarówno tym polskim jak i angielskim (innych nie znam niestety), jest wiele niesamowicie ciekawych i bardzo pouczających blogów, które cenię wyżej niż większość książek z tej tematyki.
Po prostu uderza mnie fakt, że coraz więcej pojawia się blogów o “sukcesie”, w których widzę kopię tych już istniejących. Przychodzi mi tylko do głowy “wszyscy mają bloga, mam i ja”. Mam wrażenie, że niektórzy ulegają pewnego rodzaju kultowi “sukcesu”. Czytają blogi, blogi każą biegać i wstawać rano… Wstają rano i biegają itp. Blogi każą oszczędzać i budżetować… oszczędzają i budżetują. Po czym sami zaczynają pisać bloga. I o czym piszą? O bieganiu, o wstawaniu rano, o niezależności finansowej… i o tym jak zarabiają milion… i JUŻ maja 34.60zł.
Po prostu nie wiem czy to naprawdę jest sukces. Nie wiem czy to jest _prawdziwe_, a nie takie sztuczne… “samowpajanie” sobie, że oszczędzając 1.40zł i wstając o 4:30 jestem człowiekiem sukcesu… jestem lepszy od innych… popatrzcie na mnie jaki jestem wspaniały, opisuję to na blogu!
Powyższe rzeczy oczywiście mogą być sukcesem, jeśli wychodzą z głębi nas… i czynią nas samych, dla siebie samego kimś szczęśliwszym. Jeśli biegnąc tą trzydziestą minutę cieszymy się gdzieś tam w środku, podświadomie, że dzięki temu będziemy w lepszej kondycji, zdrowsi, by móc żyć dłużej, spędzić więcej czasu z tymi, których kochamy (ok, przesadziłem trochę, może aż tak daleko moje myśli nie sięgają podczas biegania
). Ale jeśli biegam tylko po to, bo inni bloggerzy biegają, bo będę miał o czym na blogu napisać, bo przecież wszyscy ludzie sukcesu biegają – to nie wiem czy rzeczywiście jest w tym jakiś “sukces”.
Podsumowując, jeśli np. Warren Buffet pisałby bloga o tym jak radzić sobie z pieniędzmi, to czytałbym go z zapartym tchem… Jeśli pisałby tego bloga normalny człowiek z problemami codziennego dnia… opisując jak sobie z nimi radzi… czytałbym z zapartym tchem. Ale jeśli jest to nastolatek, który przeczytał jedną czy dwie książki Kiyosakiego,”zarabia” $6 dolarów miesięcznie na blogu i inwestuje 20zł na forexie… to nie wiem czy “napuszony” ton jego wpisów jest naprawdę odpowiedni – a takich blogów jest niestety coraz więcej.
Dziekuję
. Mam nadzieję, że teksty się spodobają, choć są trochę “z innego świata”.
Łatwy dostęp do dóbr (w tym wypadku internetu) ma też swoje wady np. w postaci blogów ludzi, którzy odmawiając sobie każdej przyjemności myślą, że są szczęśliwi i bliżej celu. Dodatkowo chcą się tym chorym szczęściem dzielić z innymi, bo przecież w tym bezkresie możliwości “każda potwora znajdzie swojego amatora”. Będą mieli czytelników, będą pisali aż zapał się nie skończy z powodu jakiegoś niejasnego uczucia, że już nie mają ochoty pisać (zrzucą winę nie na własny błąd, ale nawał pracy, zmęczenie itp.). Ułamek procenta z nich wyrosnie na ludzi wyjątkowych, takich, którzy nauczą się na swoich błedach, zmieni swoje życie i zacznie inspirować innych. Cała reszta pozostanie tym, co zapomniane lub niechciane, plankton na grzbiecie ogromnej fali. Przepraszam, że tak filozofuję – Wszystko ma swoje miejsce, ja też wstaję o 6:30, no bo dziecko samo do przedszkola nie dojdzie. Biegam (z dzieckiem na barana), ale tylko jeśli akurat podjeżdża odpowiedni autobus. Jem tylko zdrowe jedzenie (jeszcze żyję, znaczy – musi być zdrowe) itp. Podsumowując nie tyle martwię się o opisane przez ciebie blogi, ale o ludzi, którzy je czytają i w nie wierzą
.
Zapewne “naoglądali” się tego: Will Smith – Running & Reading (The Key to Life) http://www.youtube.com/watch?v=KEMEBBwO6J8
Tak więc biegają i czytają…
Jarek
trafne podsumowanie… chociaż Running and Reading Willa Smitha mi się osobiście podoba.
A tak propo Will Smitha… filmy z jego udziałem:
W pogoni za szczęściem (http://www.youtube.com/watch?v=k7taJHUsN-o)
Siedem dusz (http://www.youtube.com/watch?v=RMKZ9cPz-7E)
Są jednymi z moich ulubionych. Jeśli nie widzieliście któregoś z nich, gorąco polecam!
Byłem, zobaczyłem, przeczytałem …
Długo się zastanawiałem czy skomentować. Hm… Jednak się przemogłem.
Tak więc po pierwsze primo: kiedyś dużo biegałem (wtedy wstawałem o 4:00, obecnie jestem zbyt leniwy, nie biegam i jak wstanę przed 9 to jest dobrze) i ma to wiele zalet, o jednej z nich właśnie mówi Willi Smith w podanym powyżej filmie. I uwierzcie mi mówi w 100% prawdę, ale by ją ujrzeć trzeba biegać. O efektach zdrowotnych nie będę wspominał.
Po drugie primo: Kiedyś pisano książki by przekazać wiedzę, obecnie większość książek jest pisana by zarobić pieniądze (tak samo jak i blogów) i dlatego jest to bełkot niewarty nawet chwili uwagi. Lecz jeśli chodzi o książki, szczególnie te starsze to również przyznaję racje Willemu.
I tak zbliżamy się do skomentowania wpisu … Drogi Krzysztofie ja również jestem zdegustowany gdy widzę takie blogi o których piszesz. Kiedy autor kreuje się na milionera, zbiera na Porsze i ma już całe 50zł. Widziałem taki blog dawno temu i teraz z ciekawości zajrzałem, widzę, że nadal istnieje i się rozwija, lecz awersja sprzed lat nie pozwala mi już tego czytać.
) przeczytać aby ocenić negatywnie. Osobiście wolałbym by ludzie pisali o swoich przemyśleniach, a przede wszystkim nie bali się myśleć, bo wtedy mieli by o czym pisać.
Osobiście uważam Twój blog za warty czytania, właśnie z uwagi na jakość.
Cieszy mnie wolność słowa panująca w internecie. Bardzo dobrze, że młodzież pisze bo dzięki temu również się uczy (taką mam nadzieję). Szkoda tylko że musimy zmarnować czas i to (
W tym momencie zakończę me wywody by nie przynudzać i nie mędrkować.
Pozdrawiam życząc wszystkim sukcesów.
gzom Dziekuje! Dziekuje! Dziekuje! Tym zdaniem trafiłeś w samo sedno!
A tak propo tego biegania
Bo widze, ze jakoś taki pod-temat się zrobił. Jakiś czas temu biegałem codziennie o 5 rano, przed wyjściem do pracy. Ale to było w Anglii – trochę inna kultura joggingu tam panuje. Teraz biegam w przerwie od pracy, na siłowni… 12-13.
Zgadzam się, że jeśli ktoś nie biegał nigdy, to nie do końca zrozumie to przesłanie Willa.
Jeśli chodzi o czytanie… czytam dużo, czasami zdarza mi się czytać 3 książki na raz… znaczy, może nie w tej samej chwili, ale np. 30 stron jednej, później 20 drugiej, a na dobranoc kilkadziesiąt trzeciej. Zwłaszcza kiedy przywiozę sobie masę książek z Anglii, kupionych podczas delegacji.
Z tym bieganiem i czytaniem to taki off-topic się zrobił. Z czego w sumie się cieszę
Dziękuję za dotychczasowe komentarze. Wyciągam wnioski: posty pisane na szybko i pod wpływem impulsu są najszerzej komentowane
Pozdrawiam…
Do sukcesu klucz to oryginalny pomysł
A ja korzystając z wolności jaka mi przysługuje stwierdzam, że bieganie jest do bani
Męczy 
A co do Twojego pytania z wpisu czego brakuje tym blogaskom o sukcesie, to moim zdaniem brakuje im praktyki. A jeśli jest praktyka to brakuje zrozumienia, że nie każdy jest taki sam i nie dla każdego te same rady będą skuteczne. Wszyscy mówią “sukces” ale każdy myśli co innego w tym temacie
Dlatego w zasadzie takich blogów nie czytuję. Tego i kilka innych subskrybuję, ale rzadko czytam. Bo mnie nie przekonują. Sukces wykuwam samodzielnie
I dobrze mi z tym.
waltharius, życie też meczy… to znaczy, że jest do bani?
Nie jestem też pewien czy blogi mają do czegokolwiek przekonywać. Blog, to przemyślenia jednej (lub wielu) osoby na dany temat. Ludzie na blogach dzielą się swoją wiedzą i doświadczeniem… i jeśli rzeczywiście mają się czym dzielić, to ja osobiście staram się takie “darmowe” doświadczenie zdobyć czytając co piszą
Problem w tym, że te wartościowe blogi nikną pomiędzy stertą… nazwijmy to “mniej wartościowych”
W moim pierwszym wpisie na tym blogu pisałem o sukcesie… i o tym, że będę się starał by ten blog nie był kolejnym “blogiem sukcesu” w którym spotkać się można w większości z wytycznymi autora odnośnie tego co jest dobre a co złe i jak postępować w życiu żeby “osiągnąć sukces”. Co jest dobre, a co złe każdy ocenia indywidualnie. Co jest sukcesem również.
Witam. Po części się zgadzam. Nie trzeba czytać blogów,aby zaoszczędzić kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Każda istota myśląca po jakimś czasie sama do tego dojdzie. Moim zdaniem blogi o sukcesie w większości opierają się na przeczytaniu jakiejś książki inspirującej i streszczeniu jej. Natomiast mało jest ciekawych, samodzielnych i kreatywnych blogów, które by coś nowego wnosiły do tej tematyki.
Dla mnie przede wszystkim liczy się praktyka. Co z tego wynika?
Ano to, że za przekazywaniem wiedzy np. na blogu o “sukcesie” musi stać osoba doświadczona w odnoszeniu sukcesu. Taka osoba doskonale WIE jak odnieść sukces, bo zwyczajnie kiedyś w życiu to robiła.
Dzieciakami piszącymi o “robieniu milionów” bym się nie przejmował. Oni zazdroszczą innym sukcesu i za wszelką chcą dorównać najlepszym. Ja traktuję takich jako “uczących się” sukcesu.
Bieganie moim zdaniem nie ma nic wspólnego z sukcesem. Ot – ktoś lubi to biega. Nie lubi to nie biega. Raczej akcent leży gdzie indziej – pomysł(dobry), planowanie i DZIAŁANIE.
Masz racje, niestety mało jest blogów (o tematyce okołosukcesowej), które stanowią jakąś wartość. A nawet te, które są mają swój lepszy i gorszy czas. Myśle tu na przykład o blogu http://www.stevepavlina.com/blog/, który wręcz uwielbiałem kilka lat temu, a teraz jakoś mnie mniej ciekawi. Jednak fakt jest faktem; wartościowe blogi istnieją, lecz w bardzo niewielkiej ilości.
BTW ostatnio zaczytuję sie w blogu Alexa http://alexba.eu/ Bardzo “na poziomie” – wkrótce napisze o nim więcej.
Nie widzę nic złego w samym “uczeniu się sukcesu”, czytaniu na ten temat, pochłanianiu wręcz wiedzy i doświadczenia innych… Niestety “otoczka samorozwoju” sprowadza się do wszyscy-mają-bloga-mam-i-ja. A na tym blogu treści 1. nie poparte własnym doświadczeniem, 2. często nie powstałe na własnych przemyśleniach, 3. często nawet nieadekwatne do własnej sytuacji społecznej/majątkowej/rodzinnej/itp.
Tu również się zgodzę, ale po części tym razem. Bieganie jak najbardziej może mieć wiele wspólnego z sukcesem… i to nie tylko wybierając karierę lekkoatlety. Bieganie niesie ze sobą wiele korzyści, których zyskanie może być postrzegane jako sukces (np. lepsze zdrowie), lecz to też nie jest to co z punktu widzenia “sukcesu” i samorozwoju jest najważniejsze. Bieganie jest po prostu jedną z najczęściej wybieranych dyscyplin, w których trzeba się przełamać, dać coś z siebie, wygrać z własnymi przyzwyczajeniami, nawykami, często nałogami. waltharius napisał wyżej, że bieganie męczy… właśnie! Łatwo jest siąść przed telewizorem, łatwo jest leniuchować, łatwo jest… nie biegać. Ale kiedy ktoś podejmie decyzje, że chce biegać i odstawi nawyki (przeważnie złe) na korzyść nowego – biegania, przebrnie przez pierwsze (naprawdę) ciężkie dni i wreszcie za 30, 60 czy 100tnym razem uświadomi sobie, że udało mu się zrobić coś co innych “męczy”, co dla innych “jest do bani”, w czym inni by nie wytrwali… to zyskuje pewien wzorzec w psychice. Ten wzorzec jest wykorzystywany w każdej innej sytuacji, kiedy inni mówią, że czegoś się nie da, jest trudne, nie warto itp. Wtedy automatycznie pojawia się myśl… “o bieganiu też tak mówią, a mi się udało, teraz też mi się uda”.
Przepraszam, jeśli chaotycznie wyszedł ten komentarz, ale pisałem go w sporym pośpiechu – obiecuję zredagować w wolnej chwili.
Zapomniałem dodać, że mnie chodziło o sukces typowo biznesowy, a nie “jakikolwiek”. Nie zauważyłem, żeby ktoś podawał wady biegania. Przecież biznesmen biegający codziennie traci na to sporo cennego czasu. Poza tym to czy będziesz zdrowszy z powodu biegania też jest dyskusyjne. Zdarza się przecież, że mocno wytrenowani sportowcy umierają na choroby wcale niezwiązane z biegami. Tak więc problem jest bardziej złożony niż nam się wydaje. Zostawmy już te biegi.
Żeby odnieść sukces w biznesie, oprócz tego co wymieniłem, musisz mieć jeszcze klientów na twoje produkty itd. Najgorsze jest to, że w czasie, gdy biznes rośnie to nie przynosi dochodów, a nawet straty. Wtedy musisz mieć albo zapas gotówki, żeby przeżyć, albo pracować na etacie i “po godzinach” rozwijać biznes. Oczywiście jest wtedy bardzo ciężko.
Kiedyś na blogu “najmłodszego milionera” – Kamila Cebulskiego, spytałem z czego żył jak z biznesem wychodził “na zero”. Nie uzyskałem odpowiedzi. Domyślam się tylko, że żył wtedy z dochodów rodziców. Tak to można biznes robić!
Poza tym z tego co on sam pisze, to milion złotych to są OBROTY jego biznesu, a nie dochody.
W każdym razie MOŻNA osiągnąć sukces w biznesie, ale do tego potrzeba zapału, masę pracy i czasu. Dlatego śmieszą mnie “rady” ludzi każących “wyobrażać sobie miliony” i inne ateistyczno-buddyjskie bzdety. Od samego myślenia bogatym człowiek się nie staje;-)
Mam nadzieję, że teraz opisałem jaśniej mój punkt widzenia.
Pozdrowienia i zapraszam do siebie…
Co to jest milion złotych obrotu rocznie? To jest nic. Jeśli dochód wynosi 20% z tego obrotu, to wystarcza to na pensje po 8k brutto, czyli ok.5,5k do 6,0k netto dla dwóch osób. Na dwie średnie pensje, jakie dostaje przeciętny programista, czy administrator sieci w dużym mieście (lub na jedną pensję kierownika kilku(nasto) osobowego działu w takiej firmie). I to ma być wielki milioner? Śmiechu warte.
Jerzy, moj wpis akurat nie odnosił się do Kamila Cybulskiego. Znaczy, nie wiem czy się odnosił czy nie bo tak na prawdę to nie wiem czym się Kamil Cybulski zajmuje. Oprócz tego, że jest wokół jego osoby wiele szumu i że napisał książkę wokół której ZłoteMyśli robią wiele szumu, to niewiele wiem na jego temat. Tym samym nie jego osobę czy bloga miałem na myśli pisząc powyższy artykuł.
Joanna, dla każdego sukces to coś innego. Każdy mierzy swój sukces swoją własną miarą. A odnośnie szumu związanego z “milionem obrotu”… myśle, że takie stwierdzenie zostało użyte tylko “w celach marketingowych”. MILION wzbudza zainteresowanie ludzi, z których tylko część analizuje co tak naprawdę zostało powiedziane.
Bardzo się cieszę, że zwróciliście uwagę na Kamila Cybulskiego, dało mi to możliwość wyjaśnienia, że to nie o nim myślałem pisząc tego posta. Chociaż patrząc teraz na jego treść, można by tak pomyśleć… interesujące, dlaczego(?)
Kamil Cebulski aktualnie zajmuje się uczeniem młodzieży “jak zrobić wielki biznes”.
Coś w tym jest – wiele jest blogów młodych osób, które opisują sukces, jak zdobyć przysłowiowy milion, a nie mają jeszcze własnych doświadczeń/pracy/dochodów itp… Czasem takie blogi umierają po paru miesiacach, ale inne…
No właśnie – ale inne się “rozwijają“… Jeżeli ten “młody” człowiek, dzieki temu, że prowadzi swojego bloga, rozwija sie, nabywa wiedzę, dzieli się swoimi lub kogos innego doświadczeniami (mniej lub bardziej trafnymi), to jestem jak najbardziej za. W końcu i tak wyróżnia sie spośród masy młodzieży, która nic nie robi, bawi się i nie myśli o przyszłosci wcale.
Inną sprawą jest, kto to czyta i czy w to wierzy. Jednak mimo wszystko kibicuję takim osóbkom, szczególnie dzielącym sie swoimi celami/marzeniami (może i śmiesznymi) i opisującymi swoje działania w tym kierunku. Daje im większe szanse na sukces (w ich rozumieniu), niż pozostałej młodzieży nic nie robiącej. Od razu też wyjaśniam-nie myślę, iż każdy prowadzący bloga wyrośnie na milionera
A to, że nie czytam ich bloga, czy rzucam tylko okiem od czasu do czasu, to już mój wybór
Krzysztofie-wpis szczery i bardzo trafny!